Chrup Mi Berło

tak, tak… chrup ;-)

Jestem na drugim semestrze, na WSIZ – jak wiecie jeszcze mnie tutaj nie było nigdy, a więc jest to nowe doświadczenie w “mojej nowej szkole”. Czasem zdarza się(raz na semestr), że jakiś egzamin jest w plecy z niewyjaśnionych przyczyn. Zaczęło mnie to troszkę wkurzać mimo tego że niezaliczanie egzaminów w poprzednich szkołach wpisane było w karty mojej historii i pozostawiło całkiem mocne ślady. Teraz jestem stary i mam inne podejście – faktem jest że się nie uczę tak jak kiedyś, ale też, po co skoro połowę różnorakich przedmiotów (co najmniej) miewałem w poprzednich szkołach i coś tam wiem. Szukam czegoś na kształt złotego środka, niech będzie świętego grala zdawania egzaminów (wszystkich). Szkoda ze to trzecie studia i dopiero teraz nad tym myślę. Okazuje się ze nauka nie idzie w parze ze zdawaniem egzaminów, a jeśli tak to w niewiele większym stopniu wpływa na ocene aniżeli jej brak. Nie wiem tylko jaką rolę odgrywa szczęście… ale na pewno z czystej definicji – żadną. Szczęście sprzyja lepszym, a w tym przypadku bycie lepszym to posiadanie jakiejś wiedzy, a wiedza z kolei to nie przypadek(nie każdy jest “Slumdogiem”).

Weźmy wszystkie plusy uczenia się (tak normalnie, siadasz w chałupie i się uczysz jak człowiek):

  • masz informacje o przedmiocie i o tym co jest w notatkach
  • istnieje szansa, że nawet to pamiętasz siedząc na egzaminie
  • istnieje szansa, że może za pół roku coś z tego będziesz pamiętać (tak uważam to za plus, bo lepiej pamiętać coś pół roku, czy później, niż wcale)
  • Nie zaczniesz palić trawki, bo nikt Cie nie lubi
  • Mimo tego – siadasz na egzaminie, widzisz 5 pytań, piszesz odpowiedź na wszystkie pięć… wychodzisz zadowolony/zadowolona i dostajesz 2 i myślisz “wtf”*. Co jednak myślał ktoś kto oceniał Twoje wypociny? Jest zbyt dobrze(prawie słowo w słowo), na pewno ściągał – dostajesz 2! (oczywiście w większości przypadków dostaniesz 5, ale to wciąż nie jest rozwiązanie dające zawsze ocenę pozytywną).

    Teraz druga strona medalu, można mieć wszystko w dupie, napisać co się wie i liczyć na 3.0 wzwyż, co by wypełniało warunki w 100% – problem polega na tym, że szanse są tu większe na dostanie 2.0, aniżeli w poprzednim przypadku. To jest raczej oczywiste. Jest jednak tutaj jakiś plus – jak masz 2, to przynajmniej nie za kare czy też widzimisię wykładowcy, lecz za zwykły brak wiedzy. Gdzie więc leży ten złoty środek? Co zrobić aby zdać każdy egzamin? Jak napisać egzamin, kiedy jeden wykładowca wręcz pragnie by przelać jego słowa na papier w formie w jakiej dokładnie On to powiedział (włącznie z drapaniem się po nosie), zaś drugi wręczy Ci ładną piątkę do góry nogami posądzając o ściąganie? Czekam na pomysły ;-)

    * what the fuck

    1. serek Said,

      The day you stop racing, is the day you win the race..

    2. sieper Said,

      Trzeba improwizować :)

    Add A Comment